• Wpisów: 527
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 2 dni temu, 10:53
  • Licznik odwiedzin: 13 490 / 1039 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
gomi
 
Wpis wysłany sms'em
Zimowy autobus. Gdzie zapach potu zastępuje woń czosnku. #życie
 

gomi
 
Bardzo fajny montaż. Panie zdecydowanie lepsze od panów. Chociaż Adele nikt nie jest chyba w stanie dorównać. W opisie pod tym klipem na YouTube są odnośniki do poszczególnych wykonań, więc najlepsze można sobie obejrzeć w całości.

 

gomi
 
Pierwszy w tym roku odcinek „Glee” stał pod znakiem miłosnych dylematów i zaręczyn. Był więc Will zastanawiający się, czy i w jaki sposób oświadczyć się Emmie. Co zaowocowało ujmującą, choć ocierającą się o groteskę, sceną na basenie. Był też Finn, którego całkiem sensowne plany na przyszłość, zostały storpedowane przez matkę, w jednej chwili burzącą idealny obraz ojca, jaki zbudował sobie jej syn. Co w efekcie doprowadziło do kolejnych oświadczyn. Ta historia, jak można się domyślać, nie skończy się dobrze. Ale o tym przekonamy się w następnych odcinakach. Swoje miejsce miała też Mercedes, której wakacyjne uczucie do Sama nie wygasło.
I w końcu interesująco, choć nie bez uciekania się do schematów, poprowadzony wątek Becky i jej zauroczenia Artiem. Cheerleaderka  z zespołem Downa, chce być traktowana normalnie, poważnie. Jest przy tym świadoma swoich ograniczeń. Widzowie też powinni postrzegać tę dziewczynę i jej problemy serio. Dlatego, jak przypuszczam, jej  wewnętrznym głosem została Helen Mirren. Poniekąd przez ten głos, okazuje się właściwie taka sama, jak inne dziewczyny w jej wieku.  Artie, też w gruncie rzeczy jest podobny do innych nastolatków, choć przecież można by oczekiwać, że ze względu na swoja niepełnosprawność, będzie w stanie lepiej zrozumieć Becky. Odnoszę wrażenie, że scenarzyści, nie szczególnie nachalnie, czy prowokacyjnie, starali się podważyć dość często chyba przyjmowane założenie, że osoby niepełnosprawne posiadają jakiś szczególny rodzaj wrażliwości, że mają swój odrębny świat, inną płaszczyznę porozumienia. W jakimś stopniu przełamany został niemal anielski obraz osoby niepełnosprawnej (również wcześniej w tym serialu obecny). Zrobiono to w niebanalny, godny uwagi sposób. Mam nadzieję, że Becky ze swoim wewnętrznym, królewskim głosem, jeszcze powróci. Może nawet zyska ważniejszą, niż dotychczas pozycję. Bo całkiem fajna to postać i dobrze byłoby, gdyby jednak udało jej się nawiązać prawdziwą przyjaźń. Z kimś innym, niż trenerka Sue.
Powrót „Glee” po zimowej przerwie okazał się naprawdę udany również pod względem muzycznym. Było kilka najnowszych przebojów. Nie zabrakło nawiązania do klasyki gatunku („Summer Nights” z „Grease”). A w pięknym, emocjonalnym wykonaniu „First Time Ever I Saw Your Face” (youtu.be/8IoyuFKRO1g) znów świetnie zaprezentowała się żeńska część New Directions.
  • awatar Ołszyn Pałer: Hellen Mirren była genialna jako wewnętrzny głos Becky! A scena, gdzie przechadza się korytarzem cicho płacząc, ścisnęła mnie za gardło...
  • awatar Migootka: O tak, mnie też wzruszyła ta scena.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

gomi
 
Zakończenie, z jakim pozostawiono widzów „Plotkary” przed świąteczno-noworoczną przerwą było bardzo interesujące. Oto bowiem nękani przez paparazzi Chuch i Blair ulegają wypadkowi samochodowemu, na chwilę przedtem wyznając sobie miłość, choć ona ma przecież poślubić księcia, z którym jest w ciąży. Przyjaciele tej dwójki, jeszcze w szpitalnej poczekalni, podejmują decyzję, by walczyć z Plotkarą, ich zdaniem w dużej mierze odpowiedzialną za to wydarzenie. Bohaterowie przez moment wydają się dojrzalsi, bardziej dorośli. Jakby przy okazji, pojawia się szansa, że zupełnie niepotrzebna postać Charlie, zniknie na dobre. Taki finał mógł sugerować ważne zmiany, nowe otwarcie. Dlatego właśnie, byłam niezwykle ciekawa, co zdarzy się dalej. I niestety przeogromnie się zawiodłam. Owszem pewne zmiany zaszły. Największe, jak sądzę w życiu Blair, która straciła dziecko. Z Lady Di w jednej chwili stała się jak, nie przymierzając,  nawrócona Frytka. Jeszcze większa, niż do tej pory masochistka, która ponad własne szczęście postanowiła przedłożyć obietnicę w desperacji daną Bogu. Jakby zupełnie nic nie zostało z wyznań i deklaracji składanych tuż przed wypadkiem. Jakby zupełnie nic nie zostało z tej Blair, która potrafiła wszystkimi zręcznie manipulować, po trupach dążyć do celu, z uporem maniaka walczyć o swoje. Wcale nie dziwi mnie, kompletny brak zrozumienia tej całej sytuacji ze strony Chucka. Na dokładkę otrzymaliśmy absurdalne posądzenie o romans, swoistą zapowiedź powrotu wątku Charlie oraz udawany związek Dana i Sereny. Jakby scenarzyści zastanawiali się, czy może jeszcze raz nie odgrzać tego stęchłego kotleta (czyżby naprawdę zamierzali to zrobić?). Zatem nic nowego. Dalsze trawienie własnego ogona. Choć muszę przyznać, że zakończenie było znów dość zaskakujące. Oczywiście nie tak spektakularne, jak kilka tygodni wcześniej, ale intrygujące. Czyżby miało dojść odo połączenia sił dwóch plotkarskich portali? A idąc dalej – czy może zdarzyć się tak, że Plotkara w końcu zyska realną twarz? Z pewnością dodałoby to serialowi świeżości. Tymczasem już niedługo czeka nas wieczór panieński, książęcy ślub i odpowiedź na pytanie, czy Blair to uciekająca panna młoda?
 

gomi
 
"Sherlock" z przymrużeniem oka. Trochę zmanipulowany teledysk. Ale mimo wszystko całkiem trafnie oddaje specyficzną relację między Sherlockiem a Johnem. Naprawdę polubiłam ten serial. Szczerze polecam.


Piosenka to "Animal" Neon Trees
 

gomi
 
Nigdy nie byłam zagorzałą fanką Sherlocka Holmesa. Nie jestem z tych, co bez względu na wszystko muszą obejrzeć każdą, nawet niedorzecznie głupią, adaptację przygód najbardziej znanego detektywa świata. Opowiadań Arthura Conan Doyle’a, wstyd przyznać, nie czytałam. Właściwie – do tego chyba też nie powinnam się przyznawać, ale co tam – zanim sięgnęłam po serial widziałam jedynie film w reżyserii Guya Ritchie, z Robertem Downeyem Jr. i Judem Law w rolach głównych, który wydał mi się całkiem niezły, ale nie genialny, czy powalający na kolana. O produkcji BBC słyszałam i czytałam tak wiele dobrych opinii, że postanowiłam w końcu po nią sięgnąć. Dodatkową zachętę stanowił fakt, że akcję przeniesiono do współczesności. Z pozytywnym nastawieniem, ale też odrobiną dystansu, zasiadłam więc do oglądania. I powoli dałam się wciągnąć.
Co mnie urzekło? Przede wszystkim klimat. Mroczne (niekiedy nawet z pogranicza horroru) połączenie staroświeckiego kryminału z nowoczesnością, umiejętnie przyprawione humorem. Do tego fantastycznie sfilmowane. Poza tym aktorstwo. Benedict Cumberbatch (Sherlock Holmes) i Martin Freeman (dr John Watson, a już niedługo Bilbo Baggins w „Hobbicie”) stworzyli niesamowity duet. Bardzo podoba mi się niejednoznaczność ich relacji, którą pojawienie się Irene Adler, w bodaj najlepszym do tej pory odcinku „Scandal In Belgravia”, stawia dodatkowo w innym świetle. Scenarzyści, podobnie chyba jak Arthur Conan Doyle, umiejętnie zwodzą widzów, nie dając jasnych odpowiedzi, pozostawiając miejsce na domysły i spekulacje. Ale trzeba przyznać, że nie tylko w duecie Cumberbatch i Freeman grają koncertowo, wydobywając ze swoich postaci to, co najbardziej interesujące. Sherlock – momentami neurotyczny, czasami irytujący (zwłaszcza na nikotynowym, albo zawodowym głodzie), niezważający na konwenanse, czy polityczną poprawność geniusz, którego znakami rozpoznawczymi są nienagannie skrojone garnitury, czarny płaszcz i z rzadka pojawiająca się na głowie charakterystyczna czapka (stanowiąca tutaj powód do żartów). Watson – sprowadzający słynnego (m.in. dzięki jego blogowi) detektywa na ziemię, były żołnierz, nie mający niestety szczęścia do kobiet. W dalszym planie też mamy sporo barwnych postaci. Choćby wspomnianą już Irene Adler (w tej roli Lara Pulver), czy największego wroga głównego bohatera – Jima Moriarty (Andrew Scott), którego widzowie mieli okazję poznać pod koniec pierwszej serii. Jego powrót w najbliższym odcinku jest wielce oczekiwany (youtu.be/MimV42deNMA). Innym atutem „Sherlocka” jest scenariusz. Co prawda nie czytałam opowiadań Arthura Conan Doyle’a, ale odnoszę wrażenie, że zostały w bardzo interesujący sposób przełożone na język współczesności. Wydaje mi się, że zrobiono to zachowując ich ducha, tę specyficzną atmosferę, w której najważniejsze niekoniecznie jest rozwiązanie kryminalnej zagadki, ale sposób, w jaki do tego dochodzi. „Sherlock” zachęcił mnie, by sięgnąć po klasykę, która jakimś cudem do tej pory omijałam i poznać w końcu genialnego detektywa w pierwotnym, książkowym wydaniu. A jestem przekonana, że nie tylko mnie. I to jest niewątpliwie kolejny pozytywny aspekt, lub jak kto woli skutek uboczny, oglądania tego serialu.
  • awatar Nauczycielka na wakacjach: Pinger coś nawala, bo ten wpis dodał Ci już chyba piąty raz :) Też nigdy nie byłam fanką Sherlocka. Na studiach musiałam przeczytać, ale też jakoś bez entuzjazmu ;)
  • awatar Wizzu: Benedict Cumberbatch też w Hobbicie gra - głos smoka i za nekromantę robi :D
  • awatar Migootka: @Wizzu: No głos to on ma fajny. @Nauczycielka na wakacjach: U mnie ten wpis się nie powiela. Chociaż dodawałam go kilka razy, bo gdy zmieniałam zdjęcie, to było widać też starszą wersję. Może to dlatego.
Pokaż wszystkie (5) ›
 

gomi
 
Korzystając z rozszerzonego na najbliższe pół roku o HBO pakietu cyfrowej telewizji, stworzyłyśmy ostatnio z mamą swego rodzaju nowy rytuał. Otóż co wieczór o 22.00 zasiadamy przed telewizorem, żeby oglądać „Bez tajemnic”. Lekko zblazowanego, zmęczonego życiem terapeutę Andrzeja Wolskiego (Jerzy Radziwiłowicz) i jego pacjentów. To tego typu serial, w który albo od razu widz daje się wciągnąć, albo momentalnie traci nim zainteresowanie. Nie każdemu bowiem koncepcja, by niejako podglądać sesje terapeutyczne, może się wydać ciekawa, czy warta uwagi. Do mnie jednak ta prosta formuła trafiła. Bo to ona powoduje, że mamy okazję oglądać popisy bardzo dobrej gry aktorskiej. Przyznaję, że pozytywnie zaskoczyli mnie w tym względzie na przykład Małgorzata Bela, czy Marcin Dorociński (jeszcze nie oglądałam „Rewersu”, więc proszę się nie dziwić). Pacjenci głównego bohatera i on sam, to postaci na tyle barwne, a jednocześnie na tyle tajemnicze, że serial nie jest nudny, mimo że jego dramaturgia i dynamika oparta jest w ogromnej mierze na dialogach. Nie miałam okazji oglądać amerykańskiej wersji, ani tym bardziej izraelskiego pierwowzoru, więc nie mam porównania. Niemniej na tle innych polskich serialowych produkcji, „Bez tajemnic” wypada bardzo dobrze.
 

gomi
 
Tę piosenkę słuchacze Listy Przebojów Programu Trzeciego znają z pewnością bardzo dobrze. Przez trzynaście tygodni była bowiem na pierwszym miejscu i nadal nieźle sobie radzi. Ta nietypowa ballada, wykonywana przez Gotye, mieszkającego w Autralii, a urodzonego w Belgii wokalistę i muzyka oraz Nowozelandkę Kimbrę, to bodaj jeden z największych hitów, jaki w ostatnich latach dotarł do Europy z antypodów. Utwór pochodzi z trzeciego albumu Gotye, zatytułowanego „Making Mirrors”, który premierę na świecie miał w czerwcu ubiegłego roku, a do polskich sklepów trafi za niespełna miesiąc. Na czym polega sukces tej piosenki? To po pierwsze chwytliwy numer. Po drugie świetny, życiowy tekst, z którym wiele osób może się utożsamiać. Po trzecie wreszcie – interesujący teledysk.


Zrobić dobrą przeróbkę takiego przeboju nie jest łatwo. Na YouTube znaleźć można przynajmniej kilkanaście różnych wersji. Ale większość z nich zdecydowanie traci, gdy przychodzi do śpiewania refrenu. Najlepszy cover, na jaki udało mi się natrafić to ten w wykonaniu Walk Off The Earth. Jest zabawnie. Jest intrygująco. A co najważniejsze – to jest genialnie zagrane i zaśpiewane! Gotye się spodobało, czemu dał wyraz na twitterze.


gotye.com/
www.walkofftheearth.com/
 

gomi
 
Bohaterem tej filmowej serii jest Greg Heffley (Zachary Gordon). Humor w pierwszej części „Dziennika cwaniaczka” zasadza się przede wszystkim na szkolnych perypetiach chłopca w trudnym wieku – już nie dziecka i jeszcze nie zbuntowanego nastolatka, który rozpoczyna naukę w middle school. Natomiast w części drugiej, nacisk położono na rodzinne (konkretnie braterskie) relacje głównego bohatera i pierwsze zauroczenie. Oba filmy powstały w oparciu o popularne książki Jeffa Kinneya. To dość proste w zamyśle komedie familijne. Całkiem przyjemne w odbiorze, nie pozbawione humoru kino. Można tym filmom zarzucić, ze zostały oparte na schematach, że powielają stereotypy. To prawda. Ale zrobiono je w taki sposób, że nie przyprawiają o zgrzytanie zębów, a uśmiechu nie zastępuje poirytowanie. Być może ten „Cwaniaczek” do pięt nie dorasta „Mikołajkowi” (którego niestety jeszcze nie oglądałam), ale da się go lubić. Ja przynajmniej miałam okazję miło spędzić dwa zimowe wieczory i zdrowo się pośmiać. Na drugą połowę 2012 roku planowana jest premiera trzeciej części (obecnie w postprodukcji), rozgrywającej się podczas letnich wakacji.