Nigdy nie byłam zagorzałą fanką Sherlocka Holmesa. Nie jestem z tych, co bez względu na wszystko muszą obejrzeć każdą, nawet niedorzecznie głupią, adaptację przygód najbardziej znanego detektywa świata. Opowiadań Arthura Conan Doyle’a, wstyd przyznać, nie czytałam. Właściwie – do tego chyba też nie powinnam się przyznawać, ale co tam – zanim sięgnęłam po serial widziałam jedynie film w reżyserii Guya Ritchie, z Robertem Downeyem Jr. i Judem Law w rolach głównych, który wydał mi się całkiem niezły, ale nie genialny, czy powalający na kolana. O produkcji BBC słyszałam i czytałam tak wiele dobrych opinii, że postanowiłam w końcu po nią sięgnąć. Dodatkową zachętę stanowił fakt, że akcję przeniesiono do współczesności. Z pozytywnym nastawieniem, ale też odrobiną dystansu, zasiadłam więc do oglądania. I powoli dałam się wciągnąć.
Co mnie urzekło? Przede wszystkim klimat. Mroczne (niekiedy nawet z pogranicza horroru) połączenie staroświeckiego kryminału z nowoczesnością, umiejętnie przyprawione humorem. Do tego fantastycznie sfilmowane. Poza tym aktorstwo. Benedict Cumberbatch (Sherlock Holmes) i Martin Freeman (dr John Watson, a już niedługo Bilbo Baggins w „Hobbicie”) stworzyli niesamowity duet. Bardzo podoba mi się niejednoznaczność ich relacji, którą pojawienie się Irene Adler, w bodaj najlepszym do tej pory odcinku „Scandal In Belgravia”, stawia dodatkowo w innym świetle. Scenarzyści, podobnie chyba jak Arthur Conan Doyle, umiejętnie zwodzą widzów, nie dając jasnych odpowiedzi, pozostawiając miejsce na domysły i spekulacje. Ale trzeba przyznać, że nie tylko w duecie Cumberbatch i Freeman grają koncertowo, wydobywając ze swoich postaci to, co najbardziej interesujące. Sherlock – momentami neurotyczny, czasami irytujący (zwłaszcza na nikotynowym, albo zawodowym głodzie), niezważający na konwenanse, czy polityczną poprawność geniusz, którego znakami rozpoznawczymi są nienagannie skrojone garnitury, czarny płaszcz i z rzadka pojawiająca się na głowie charakterystyczna czapka (stanowiąca tutaj powód do żartów). Watson – sprowadzający słynnego (m.in. dzięki jego blogowi) detektywa na ziemię, były żołnierz, nie mający niestety szczęścia do kobiet. W dalszym planie też mamy sporo barwnych postaci. Choćby wspomnianą już Irene Adler (w tej roli Lara Pulver), czy największego wroga głównego bohatera – Jima Moriarty (Andrew Scott), którego widzowie mieli okazję poznać pod koniec pierwszej serii. Jego powrót w najbliższym odcinku jest wielce oczekiwany (
youtu.be/MimV42deNMA). Innym atutem „Sherlocka” jest scenariusz. Co prawda nie czytałam opowiadań Arthura Conan Doyle’a, ale odnoszę wrażenie, że zostały w bardzo interesujący sposób przełożone na język współczesności. Wydaje mi się, że zrobiono to zachowując ich ducha, tę specyficzną atmosferę, w której najważniejsze niekoniecznie jest rozwiązanie kryminalnej zagadki, ale sposób, w jaki do tego dochodzi. „Sherlock” zachęcił mnie, by sięgnąć po klasykę, która jakimś cudem do tej pory omijałam i poznać w końcu genialnego detektywa w pierwotnym, książkowym wydaniu. A jestem przekonana, że nie tylko mnie. I to jest niewątpliwie kolejny pozytywny aspekt, lub jak kto woli skutek uboczny, oglądania tego serialu.
-
Ołszyn Pałer:
-
Migootka:
Pokaż wszystkie (2) ›